Tutaj jesteś Turystyka In memoriam o ludziach stąd Róża Kołaczkowska - ostatnia...
Odpady Komunalne Odpady Komunalne Obrazek segregacji śmieci
Poradnik Interesanta Poradnik Interesanta Dwie osoby z dokumentami
Gazeta Gminna Wólka News Gazeta Gminna Wólka News Obrazek logo gmina news
Inwestycje Gminne Inwestycje Gminne Obrazek flaga uni europejskiej
Rozkład jazdy Rozkład jazdy Autobus na ulicy
Odnawialne źródła energii w Gminie Wólka Odnawialne źródła energii w Gminie Wólka Obrazek kolektory słoneczne
Seniorzy w Gminie Wólka Seniorzy w Gminie Wólka Obrazek seniorzy

In memoriam o ludziach stąd

Róża Kołaczkowska - ostatnia właścicielka Pliszczyna

„Jestem pewny, że wdzięczność dla tej Pani u dzieci, które tyle dobrego doznały, nigdy nie wygaśnie.” Te słowa w roku 1925 o Róży Kołaczkowskiej napisał Władysław Jadach pierwszy kierownik szkoły w Pliszczynie.

Zacznijmy od kilku ważnych szczegółów z Jej życiorysu. Róża Krystyna Kazimiera Aleksandra Boduszyńska urodziła się 9 grudnia 1883 roku w Piotrkowie w rodzinie Jadwigi i Stanisława Boduszyńskich. Wraz ze swoimi siostrami Henryką, Jadwigą i Marią otrzymała gruntowne wykształcenie. Swoje dzieciństwo i młodość spędziła w majątku w Pliszczynie. 30 sierpnia 1905 roku wyszła za mąż za Jana Kołaczkowskiego, absolwenta Uniwersytetu Warszawskiego Wydziału Przyrodniczego i Uniwersytetu Jagiellońskiego Wydziału Rolniczego. W posagu otrzymała majątek w Pliszczynie. Po ślubie Róża i Jan zamieszkali w Warszawie, gdzie Jan podjął pracę, jako wykładowca w Szkole Rolniczej Rontalera. Tam w 1906 roku urodził się im pierwszy syn Andrzej. W latach 1907 – 1920 rodzina mieszkała w Moszenkach w gminie Jastków. Tam przyszły na świat dzieci: Wojciech, Krystyna, Jan, a najmłodsza córka Elżbieta urodziła się w Zakopanem. W czerwcu 1920 roku rodzina Róży i Jana Kołaczkowskich przeniosła się do majątku w Łabuńkach w powiecie zamojskim. Piękny, klasycystyczny pałac, odnowiony, wyremontowany i dostosowany dla potrzeb rodziny miał być miejscem rodzinnego szczęścia Kołaczkowskich. Niestety pod koniec sierpnia 1920 roku, nadciągające wojska bolszewickie, wymusiły na rodzinie Kołaczkowskich nagły wyjazd do bezpiecznego majątku w Pliszczynie. Pałac w Łabuńkach, gdzie stacjonowało dowództwo Armii Konnej Siemiona Budionnego, został ograbiony i zdewastowany. Kiedy tylko bolszewicy opuścili Łabuńki Jan Kołaczkowski rozpoczął usuwanie szkód i kolejny remont zniszczonego dworu. Dojazdy konno do oddalonych Łabuniek i zarządzanie majątkiem w Pliszczynie, miały negatywny wpływ na zdrowie Jana, który po krótkiej chorobie zmarł w 1924 roku, w wieku 44 lat. Jego śmierć zapoczątkowała trudny okres dla całej rodziny. Wdowa nie poddała się, dzielnie gospodarując równocześnie w majątkach: w Pliszczynie i w Łabuńkach, kształciła swoje dzieci, nie szczędząc na to środków finansowych. Starała się, by dzieci mogły rozwijać swoje pasje i uczyć się w tym kierunku. Niestety zniszczenia I wojny światowej i wojny z bolszewikami, niekorzystna sytuacja gospodarcza i wciąż rosnące koszty życia, odbiły się negatywnie na kondycji majątków w: Pliszczynie i Łabuńkach. Narastające zadłużenie majątków Róża pokrywała z funduszy, uzyskanych z parcelacji ziemi z własnych majątków. Działki nabywali małorolni gospodarze lub pracownicy folwarku.

Mimo trudnej sytuacji finansowej dom Róży w Pliszczynie był ośrodkiem edukacji, kultury i schronienia dla wielu osób – rodziny, przyjaciół i potrzebujących. Odwiedzający wiedzieli, że zostaną ciepło przyjęci i ugoszczeni przez właścicielkę Pliszczyna. Jak wiemy ze wspomnień pokojówki, furmana i z listów dzieci, kierowanych do matki, „… niektórzy nawet nadużywali jej gościnności”. 

Najwięcej informacji o dobroczynności Róży, dotyczy edukacji w Pliszczynie. W Dobrach Pliszczyn, które tworzyły dwa folwarki: Boduszyn i Pliszczyn, istniała ochronka jeszcze przed rokiem 1914. Kierownik szkoły napisał, że to z inicjatywy Róży Kołaczkowskiej, do 1917 roku na terenie dworu funkcjonowała ochronka dla dzieci pracowników folwarku i wiejskich, całkowicie przez nią wyposażona. Za pozwoleniem władz austriackich, ochronkę przekształcono w Szkołę Ludową. Róża została wybrana Główną Opiekunką Szkoły. Od tego czasu Zarząd Szkoły wraz z dziećmi oficjalnie, ale przede wszystkim z radością, zapraszał dziedziczkę na rozmaite szkolne uroczystości.

Kierownik szkoły Władysław Jadach wspominał o wielu inicjatywach Głównej Opiekunki Szkoły, szczególnie podkreślił pomoc przy organizowaniu wyjazdów do Lublina dla uczniów, udostępnianie pomieszczeń dworskich dla szkoły i ich remonty. Dziedziczka łagodziła różnego rodzaju spory, jej przychylność i otwartość miały wpływ na pracę nauczycieli i dzieci.

Róża Kołaczkowska przez prawie dwie dekady współdziała z mężem przy prowadzeniu gospodarstwa, zatem ochoczo przekazywała swoją wiedzę z zakresu rolnictwa zarówno mieszkańcom Pliszczyna, jak i nauczycielom. Wydzieliła fragment swojej posesji przylegającej do szkoły na potrzeby szkolnego ogrodu. Osobiście doglądała usuwania krzewów i przygotowania gruntu pod uprawę. Dzieciom podarowała nasiona warzyw, sadzonki krzewów oraz kwiaty z własnego ogrodu, gdyż wierzyła, że edukacja wymaga zarówno teorii, jak i praktyki.

Zainteresowanie szkołą oraz wspieranie pomysłów kierownika szkoły i nauczycieli przejawiało się, gdy w roku 1933, współfinansowała sztandar szkoły w Pliszczynie, którego autorem był Bronisław Ciesielski kierownik szkoły. Kiedy nauczyciele organizowali zajęcia takie jak kółko śpiewacze i teatralne dla młodzieży wiejskiej w ramach świetlicy, to do pomocy angażowała się nie tylko Róża, ale i jej syn Andrzej. W okresie zimowym zajęcia w świetlicy prowadzili instruktorzy kursów kroju, szycia oraz gotowania. Zapłatę i zakwaterowanie zapewniała dziedziczka. Co więcej Główna Opiekunka Szkoły była członkiem Towarzystwa Popierania Budowy Szkół Powszechnych, którego środki finansowe przeznaczano dla gmin na rozwój edukacji. W roku 1934 odsprzedała swoją gorzelnię z przeznaczeniem na nową szkołę, a w następnych latach oddała teren przed budynkiem na boisko szkolne.

Miejscowi doskonale znali swą dziedziczkę, bo można ją było spotkać na spacerach po Pliszczynie, czasem z osobami towarzyszącymi, gośćmi z dworu. Do wędrówek zachęcała ją nie tylko przyroda i sprzyjający klimat, ale przede wszystkim jej osobiste zaangażowanie w sprawy mieszkańców okolicy. Róża wchodziła do chłopskich domów, zwłaszcza do tych biednych, gdzie brakowało pieniędzy, przede wszystkim na leczenie. Osobiście dowiadywała się o zdrowiu chorych, przynosiła leki, jedzenie. Dodawała otuchy, uczyła, jak unikać chorób, odwiedzała kobiety w połogu i dawała niezbędne rzeczy, aby noworodek przeżył z matką. W razie kłopotów przy porodzie, wysyłała swojego woźnicę po akuszerkę lub lekarza. Jej wsparcie i opieka nad nowonarodzonym dzieckiem i matką po porodzie brały się z faktu, iż sama była matką piątki dzieci.

W dwudziestoleciu międzywojennym większość domostw na wsi miało strzechę, co niosło ryzyko pożarów, które unicestwiały całe gospodarstwa, powiększając ubóstwo polskiej wsi. Gdy dochodziło do pożaru, Róża spieszyła z pomocą i interesowała się rodziną poszkodowanych. A do swojego domu niejednokrotnie przyjęła wdowę, zapewniając jej dach nad głową i jedzenie. W 1928 roku, widząc rosnące zagrożenia pożarami, przeznaczyła ziemię pod budowę remizy strażackiej, ofiarowała na ten cel drewno, pracowników i furmanów. W dowód wdzięczności strażacy mianowali ją swoją prezesową. 

Okres II wojny światowej spędziła w Pliszczynie, osobiście odczuwając skutki działań wojennych, nie tylko z powodu obecności wojsk, ale przede wszystkim z powodu aresztowania przez Niemców jej najmłodszego syna Jana, który walczył pod Mokrą we wrześniu 1939 roku. Z kolei syn Wojciech, pilot, walczył we Francji i w Anglii i nie mógł wrócić do kraju.

W czasie Polski Ludowej dziedziczka Pliszczyna stała się zwykłą „obywatelką”. Jej gospodarstwo miało wtedy około 30 ha, toteż nie zostało objęte reformą rolną. Mimo zaawansowanego wieku Róża pracowała fizycznie na swoim gospodarstwie. Do roku 1957 Róża mieszkała w Pliszczynie, aczkolwiek coraz częściej przebywała w Lublinie u syna Andrzeja, wykładowcy Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Pamiętała ciągle o szkole i oddała na jej potrzeby nieodpłatnie swoje pokoje. Z powodu braku ośrodka zdrowia w Pliszczynie, część pomieszczeń przeznaczyła na gabinet lekarski. Ze wspomnień osób, które Ją znały, wiemy, że cieszyła się, gdy ktoś wybudował własny dom albo posłał dziecko do lubelskich szkół. Róża była schorowana z powodu ciężkiej pracy i osamotniona, gdyż syn Wojciech musiał wyemigrować do USA, tam też wyjechała córka Elżbieta, której mąż pracował w rozgłośni Wolna Europa. Największą tragedią w tym czasie dla Niej była śmierć syna Jana w łagrze na Uralu. Ból potęgowały prześladowania przez reżim komunistyczny dzieci, które pozostały w kraju: córki Krystyny i syna Andrzeja.

W ciężkich chwilach pomocna dla niej była wiara w Boga. Jej oddanie i religijność mieszkańcy dostrzegali w regularnych niedzielnych praktykach religijnych w parafialnym kościele w Bystrzycy. Róża, widząc wiarę i gorliwość tutejszych ludzi, pragnęła, aby w Pliszczynie była przynajmniej kaplica, co ułatwiłoby im praktyki religijne. Kościół w Bystrzycy znajdował się w odległości około pięciu kilometrów. Wiele razy o tym rozmawiała z księdzem proboszczem z Bystrzycy Eugeniuszem Stańczakiem. W styczniu ksiądz proboszcz wyraził zgodę i powstała kaplica św. Antoniego w pomieszczeniach dworu. W listopadzie 1957 roku Róża sprzedała swój majątek Zakonowi Najświętszego Serca Jezusowego, czyli Księżom Sercanom, którzy zobowiązali się prowadzić kaplicę publiczną dla miejscowej ludności, a w przyszłości zbudować kościół.

W Lublinie Róża Kołaczkowska mieszkała trzynaście lat. Do Pliszczyna przyjeżdżała na uroczystości religijne. Często mówiła i wspominała o swoim Pliszczynie, odczuwając tęsknotę za przyrodą i wiejskim spokojem. W Pliszczynie bowiem spędziła łącznie 59 lat. Zmarła 19 lutego 1970 roku, została pochowana w grobowcu rodzinnym przy ulicy Lipowej w Lublinie. W czasie uroczystości pogrzebowych, oprócz rodziny, licznie uczestniczyli wdzięczni mieszkańcy Pliszczyna i sąsiednich miejscowości.

W 2005 roku, w 35. rocznicę śmierci Róży Kołaczkowskiej, ludność Pliszczyna i pobliskich miejscowości, pragnąc wyrazić wdzięczność i zachować pamięć o jej zaangażowaniu społecznym, wraz z Radą Pedagogiczną, Radą Rodziców, Samorządem Uczniowskim oraz władzami Gminy Wólka obrali ją na patronkę Szkoły Podstawowej w Pliszczynie. Wnuczka Róży Kołaczkowskiej podczas ceremonii nadania imienia szkoły przypomniała, że babcia przekazała jej naukę, „aby zawsze miała serce otwarte na potrzeby innych ludzi, a największą radość i zadowolenie w życiu osiągnie, gdy będzie nieść pomoc innym”. 

Niech konkluzją tego artykułu staną się słowa uczniów szkoły w Pliszczynie, wypowiedzianych przed laty, w odpowiedzi na ankietowe pytanie: Co zawdzięczają Patronce szkoły? 

Oto niektóre odpowiedzi:

Róża Kołaczkowska uczy mnie, abym pomagała innym w potrzebie, w każdym widziała bliźniego, który zasługuje na szacunek. Doceniam, że wiele dla nas zrobiła i za to jej dziękuję.” -Magda

Patronka mojej szkoły zasługuje na wielki podziw i szacunek, ponieważ pomagając innym, uczy mnie pomagania rodzicom, kolegom i koleżankom w trudnych sytuacjach.” -Iza

Poznanie biografii Róży Kołaczkowskiej wzbogaciło moją wiedzę o przeszłości mojej miejscowości i zasługach dziedziczki, które owocują do dziś. Jej dobroć i uczynność można naśladować również dziś.” -Kasia

Chciałbym zostać sportowcem. Podziwiam patronkę naszej szkoły za to, że chciała, aby dzieci uprawiały sport, ponieważ część swojej działki przeznaczyła na boisko sportowe.” -Piotrek

Cieszę się, że moja szkoła ma zaszczyt mieć tak wspaniałą patronkę. Jej dzieci rozsławiły Polskę w świecie, a syn Wojciech może być wzorem patrioty i sportowca dla mnie i moich kolegów.” -Karol

Ewa Szewczyk, eszew@wp.pl

 

Powrót