Andrzej Marian Kołaczkowski urodził się 29 listopada 1906 roku w Warszawie w rodzinie Jana i Róży Kołaczkowskich. Gdy miał zaledwie rok, jego rodzice przeprowadzili się do majątku w Moszenkach, położonych w gminie Jastków, gdzie rodzina Kołaczkowskich mieszkała przez trzynaście lat. Wraz z rodzeństwem - Wojtkiem, Krysią, Elżunią i Jasiem - pierwsze nauki pobierał w domu. Z zapałem uczył się języka polskiego i francuskiego. Domowa biblioteka Kołaczkowskich była imponująca, co sprawiało, że mały Jędrek z radością i pasją dużo czytał. Szczególne wrażenie wywarła na nim książka „Nad dalekim cichym fiordem” norweskiej pisarki Agot Gjems-Selmer, która, jak sam później przyznał, wpłynęła na jego zainteresowanie literaturą skandynawską.
W 1920 roku jego ojciec, Jan, zakupił majątek w Łabuńkach, w gminie Łabunie niedaleko Zamościa. Rodzina Kołaczkowskich zamieszkała tam w maju tego samego roku. Niestety z powodu wojny i zbliżających się wojsk kozackich pod dowództwem Siemiona Budionnego, cała rodzina musiała nocą, w wielkim pośpiechu, opuścić dom i udać się do Pliszczyna. Do bezpiecznego majątku, otrzymanego w wianie przez matkę Różę z Boduszyńskich.
Gdy Andrzej miał osiemnaście lat niespodziewanie zmarł jego ojciec. Pomimo trudnej sytuacji rodzinnej i materialnej, nie przerwał nauki – kontynuował edukację w gimnazjum im. Stefana Batorego tak zwanej „Szkole Lubelskiej”, gdzie w 1925 roku zdał maturę. Następnie rozpoczął studia na Uniwersytecie Poznańskim, wybierając filologię niemiecką i francuską, a w rezultacie uzyskał tytuł magistra filozofii na Wydziale Humanistycznym w zakresie filologii niemieckiej. W okresie wakacyjnym rozwijał swoje wykształcenie filologiczne na licznych zagranicznych kursach językowych w Niemczech, Danii, Szwecji i Austrii. Podczas kursów w Kopenhadze i Uppsali opanował języki szwedzki oraz duński. Z korespondencji z matką wynika, że był niezwykle gorliwym uczniem. Czytał i porozumiewał się w dziewięciu językach, co po wojnie znacząco ułatwiło mu pracę tłumacza. Po ukończeniu studiów pracował w gimnazjach w Ostrzeszowie oraz w Sierpcu. Należał do Związku Korporanckiego Korona, którego celem było wspieranie studentów w ich akademickim i społecznym rozwoju i przygotowanie swoich członków do pracy obywatelskiej dla dobra Ojczyzny. Swoje życie religijne pogłębiał w Sodalicji Mariańskiej.
Często przebywał w Pliszczynie, gdzie wspierał matkę w organizacji pracy w majątku. Oprócz obowiązków rodzinnych, z kroniki szkoły w Pliszczynie wiadomo, że będąc jeszcze studentem, aktywnie angażował się w życie lokalnej społeczności. Współpracował z nauczycielami, pomagał w organizowaniu przedstawień teatralnych z młodzieżą oraz w prezentowaniu ich dla mieszkańców okolicznych wiosek.
W czasie drugiej wojny światowej Andrzej Kołaczkowski nie poszedł do wojska z powodu słabego wzroku. Uczył języka niemieckiego w lubelskich szkołach zawodowych oraz brał udział w kursach tajnego nauczania. Nieustannie wspierał swoją matkę Różę, która mieszkając w Pliszczynie, zmagała się z licznymi, nie tylko finansowymi trudnościami. Najmłodszy brat Andrzeja, Jan, kawalerzysta, został ranny podczas kampanii wrześniowej w bitwie pod Mokrą i trafił do niewoli. Przez pół roku przebywał w obozie jenieckim, a Andrzej wraz z rodzeństwem regularnie pisał do niego listy i wysyłał paczki. Wraz z matką niestrudzenie poszukiwał sposobów, by uwolnić Jana z niemieckiej niewoli. Ich starania były pełne determinacji i rodzinnego oddania – nie ustępowali w wysiłkach, by przywrócić brata do domu, wykazując się przy tym ogromną troską i wytrwałością.
Po wojnie Andrzej Kołaczkowski początkowo pracował jako lektor języka angielskiego na Politechnice Warszawskiej podczas jej tymczasowej działalności w Lublinie. Następnie został adiunktem germanistyki na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, gdzie równocześnie studiował anglistykę. Pracował również jako lektor na UMCS, a na KUL-u prowadził lektoraty z języka niemieckiego, francuskiego, angielskiego, szwedzkiego oraz esperanto. W 1947 roku, wraz z całą rodziną, głęboko przeżył śmierć swojego brata Jana, który zmarł z wycieńczenia w łagrze na Syberii. O śmierci brata dowiedział się od Stanisława Borkowskiego, który razem z Janem Kołaczkowskim przebywał w obozie kontrolno-filtracyjnym w miejscowości Kizieł.
W 1951 roku Andrzej Kołaczkowski został oskarżony przez ówczesne władze ludowe, że jest przeciwnikiem nauki sowieckiej. Miał odwagę publicznie stwierdzić: „Nie ilość wydobytego węgla, ani wyhodowanych świń, lecz nieśmiertelny duch narodu świadczy o jego wielkości”. Ponadto w dzienniku „Sztandar Ludu” pojawił się artykuł „W imię solidarności z pruskimi junkrami pan Kołaczkowski protestuje przeciw granicy na Odrze i Nysie” zarzucono mu poglądy proniemieckie i antypolskie. Najbardziej bolesne dla Andrzeja Kołaczkowskiego było to, że został nazwany zdrajcą ojczyzny i jako pracownik naukowy miał bardzo zły wpływ na studentów. Za co został w trybie natychmiastowym zwolniony z pracy. Podczas rewizji w jego domu odnaleziono podrzuconą karykaturę Stalina, co stało się bezpośrednią przyczyną aresztowania i dwuletniego pobytu w więzieniu na Zamku Lubelskim.
W „Wiadomościach Ziemiańskich” z 2011 roku siostrzeniec Maciej Dunin-Łabędzki opisał szczegóły tego wydarzenia: „W 1951 roku, podczas masówki, jako człowiek prawdomówny i prostolinijny, a zupełnie niepraktyczny, zaprotestował, gdy jeden z politruków zaczął szerzyć kłamstwa na temat polityki Watykanu i Kościoła w Polsce. Chodziło o obsadę diecezji Ziem Odzyskanych – Andrzej zgodnie z prawdą powiedział, że Watykan nie mógł zgodzić się na mianowanie biskupów na tych terenach bez uregulowania granicy zachodniej Polski w traktacie z oboma państwami niemieckimi. Studenci obecni na sali bezskutecznie próbowali uciszyć ulubionego wykładowcę, lecz on powiedział wszystko, co leżało mu na sercu”. Ceniony i lubiany przez studentów profesor został skazany na dwa lata więzienia.
Pobyt w więzieniu potraktował jako surową, lecz wartościową szkołę życia, która pozwoliła mu zrozumieć, co w życiu jest naprawdę ważne. W liście do matki, Róży, pisał: „Odniosłem już dużo duchowych korzyści. Pogłębiłem swój stosunek do wielu spraw, doceniłem wartość rzeczy, które wcześniej zbyt mało ceniłem, poznałem wielu ciekawych ludzi i dowiedziałem się wiele o życiu, którego dotąd nie znałem. Mam dar przystosowywania się do nowych warunków i potrafię cieszyć się drobnymi radościami: śpiewem ptaków o świcie, biciem dzwonów, książkami – to umila mi szare dni więzienne”. W listach Andrzej Kołaczkowski starał się uspokoić matkę, wyrażając głęboką wdzięczność za jej trud i poświęcenie, zwłaszcza podczas wizyt w więzieniu, na które trzeba było czekać godzinami, by choć przez krótkie pięć minut móc się zobaczyć. Pobyt w więzieniu uświadomił mu, jak bardzo kocha matkę, ile jej zawdzięcza i jak często ją zaniedbywał. Z nadzieją patrzył w przyszłość, wierząc, że po odzyskaniu wolności będzie mógł to naprawić. W listach zwracał się do matki czule, nazywając ją „Musieczką”
Andrzej Kołaczkowski domyślał się, iż powodów jego uwięzienia było wiele: ziemiańskie pochodzenie; brat Wojciech był dowódcą Dywizjonu 303, brat Jan działał w AK, a mąż siostry Elżbiety pracował w rozgłośni Wolna Europa.
Po opuszczeniu więzienia Andrzej Kołaczkowski podjął pracę wychowawcy w Zakładzie dla Niewidomych w Laskach, uczył języka niemieckiego i angielskiego kleryków w Ołtarzewie. Do Lublina powrócił dopiero po roku 1956, gdzie na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim pracował aż do 1973 roku. Najbardziej bolało go i przeżywał fakt, że nie mógł odwiedzać swojej siedemdziesięcioletniej matki Róży, mieszkającej samotnie w Pliszczynie, schorowanej, prowadzącej gospodarstwo rolne, by utrzymać siebie i dom. Potwierdzają to listy Róży pisane do najbliższych.
Dwuletni pobyt w więzieniu przeszkodził Andrzejowi Kołaczkowskiemu w rozwoju kariery naukowej, lecz nie zmienił jego poglądów ani szerokich zainteresowań. Profesor zaliczał do nich literaturę, muzykę i astronomię, które rozwijał, działając w różnych towarzystwach naukowych. Szczególnie fascynowała go literatura norweska, dlatego swój wolny czas poświęcał pracy translatorskiej z języków skandynawskich. Był cenionym recenzentem literatury norweskiej, publikował liczne artykuły w czasopismach norweskich i polskich. Jego dorobek obejmuje przekłady z języka norweskiego – monografię Sigrid Undset, antologię noweli norweskiej „Tam, gdzie fiordy”, a także tom poezji Anny L. Lonquist „Wąskie ścieżki” przetłumaczony ze szwedzkiego. Andrzej Kołaczkowski organizował liczne pogadanki i odczyty na tematy skandynawskie. Jako członek Klubu Inteligencji Katolickiej w Lublinie w 1977 roku wygłaszał odczyty dotyczące katolicyzmu w Norwegii. W latach osiemdziesiątych uczestniczył w wielu międzynarodowych sympozjach naukowych.
Po 1956 roku Andrzej Kołaczkowski wykładał germanistykę na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, pracował w bibliotece uniwersyteckiej tej uczelni, współtworzył Encyklopedię Katolicką oraz publikował liczne artykuły w Rocznikach Humanistycznych. W 1976 roku został członkiem Związku Literatów Polskich, w sekcji tłumaczy. Znał wiele języków: niemiecki, francuski, angielski, duński, szwedzki, norweski, holenderski, włoski, hiszpański. Dzięki tej wiedzy doskonale radził sobie z tłumaczeniami dzieł takich autorów jak Goethe, Schiller czy Heine. Przez pewien czas prowadził także lekcje angielskiego w lubelskich szkołach średnich.
Był człowiekiem niezwykle skromnym, nie budował dystansu naukowca, a jednocześnie wyróżniał się wysoką kulturą osobistą. Zawsze starał się nieść pomoc potrzebującym, finansował stypendia dla najbiedniejszych studentów, choć sam nie należał do osób zamożnych. W jednym z wywiadów profesor Kołaczkowski powiedział: „Nie mogę kochać wszystkich, ale każdemu oddałbym przysługę”. Ci, którzy mieli okazję go poznać, wspominają go jako osobę łagodną, delikatną, spokojną, życzliwą i hojnie obdarzoną sercem. Najstarsi mieszkańcy Pliszczyna pamiętali, że pan Andrzej często modlił się w kościele ojców Kapucynów na Krakowskim Przedmieściu, a wychodząc, nigdy nie przeszedł obojętnie obok żadnego biednego dziecka.
Po wojnie Andrzej Kołaczkowski zamieszkał w Lublinie, lecz nie zerwał więzi z mieszkańcami Pliszczyna. Chętnie odwiedzał dawny majątek, który w 1957 roku został sprzedany Księżom Sercanom. Miejscowa społeczność zapamiętała profesora spacerującego po Pliszczynie, szczególnie po tzw. Brzezinkach. Z „Kroniki placówki duszpasterskiej Księży Sercanów w Pliszczynie” wynika, że profesor Andrzej Kołaczkowski uczył nowicjuszy języków obcych, przede wszystkim angielskiego. Jego wysoka kultura osobista, wiedza i cierpliwość wobec wychowanków wywarły na zakonnikach ogromne wrażenie. Świadectwem tego jest jego wizerunek umieszczony w tłumie ludzi na dalszym planie fresku bocznego ołtarza, przedstawiającego „Ofiarowanie Narodu Polskiego Matce Bożej Częstochowskiej przez księdza Prymasa Stefana Wyszyńskiego”. Fresk ten został namalowany w 1960 roku przez Tadeusza Kostrza z Zabrza, artystę malarza pochodzącego ze Lwowa. Ponadto Andrzej Kołaczkowski był zapraszany wraz z matką Różą na różne uroczystości religijne do Pliszczyna.
Profesor Kołaczkowski gościł w swoim domu w Lublinie mieszkańców Pliszczyna. Jego życzliwość i skromność były powszechnie znane. Doceniał osiągnięcia swojego brata Wojciecha, dowódcy Dywizjonu 303. W 1993 roku na prośbę przedstawicieli społeczności pliszczyńskiej ofiarował kopię zdjęcia swego brata, pułkownika Wojciecha Kołaczkowskiego, aby w przyszłości został patronem szkoły w Pliszczynie – w dowód wdzięczności dla rodziny Róży Kołaczkowskiej. Co zostało zrealizowane w 2005 roku Wojciech Kołaczkowski został patronem gimnazjum, a jego matka Róża patronką szkoły podstawowej.
Andrzej Kołaczkowski zmarł 18 października 1997 roku. Spoczął w grobowcu rodzinnym przy ul. Lipowej w Lublinie. Dla nas mieszkańców Gminy Wólka jest symbolem człowieka, który swoją życiową drogą pokazał, że prawdziwa wielkość tkwi w sercu i odwadze do bycia sobą.
Ewa Szewczyk, eszew@wp.pl